# 50
Pięćdziesiąta notka będzie leniwa i wymuszona. Chcę tylko zapisać to, co się dzieje, bo z moją pamięcią dziewięćdziesięcioletniej babci - jutro nie będę sobie w stanie przypomnieć dzisiejszego dnia.
Między NAMI - sielana!, podsycana jeszcze planami wakacyjnymi, które najprawdopodobniej będą wyglądały następująco. Ale to dopiero we wrześniu, więc na razie tylko mamy wizje tygodnia spędzonego w takim abstrakcyjnym, jak na razie, dla nas miejscu.
Dzisiaj dzieci znów gotowały - tym razem kuraka po hawajsku, w jakiś kosmicznych sosach, nabytych w kosmicznym sklepie na Wita Stwosza, gdzie pan sprzedawca mówi z nie do końca polskim akcentem, a przypraw wszelakich jest tyle, że się zaraz rozkichaliśmy oboje. Za to sobota, co by weekend zrównoważyć, była popieprzona przez:
1. pogodę
2. misję od prawie - rodzącej - dziecko szefowej
3. wspominałam o pogodzie?
Jako że Mrs. Boss już ma dość bycia w ciąży, zdecydowała się, że pójdzie w sobotę do szpitala, lekarz trzaśnie jej zastrzyki i hop siup - dzidzia przyjdzie na świat. Pech chciał, że tego samego dnia powinna była obskoczyć dwa śluby, co by kwiaty parze młodej wręczyć. Ale że zaplanowała sobie ten cały poród, to oczywiście kto musiał w czterdziestostoponiowym upale: odebrać bukiet z kwiaciarni, który zajął całego cieniasa i mało mojemu Mifu oczu nie powybijał, pojechać na drugi koniec miasta do kościoła, znaleźć kogoś kto w imieniu Mrs. & Mr. Boss wręczy te kwiaty, tłumaczyć obcym i tym samym - zdezorientowanym ludziom, że ja tylko pośrednik, że tu kwiatki tego, no, ja ładnie proszę, pannie młodej, tak tak, dziękujemy, chodu do auta!!!, potem - po południu kto musiał pojechać po drugi bukiet i zrobić znowu to samo? Kto miał rozwaloną sobotę?
No ale odmówić nie mogłam ciężarnej, zwłaszcza że w tygodniu brałam dzień wolnego, bo mnie znów zaatakowało zapalenie spojówek, dzięki żaden miesiąc nie był wolny od wizyty u lekarza, już sierpień też zaliczony.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz